Sierpień 2016 był już dawno temu, ale zmiany w życiu zawodowym spowodowały dramatyczne zmniejszenie ilości czasu wolnego. korzystając z chwili wolnego i przypływu chęci nadrobię to co miało pojawić się prawie 5 miesięcy temu.
- Janek kiedy my byliśmy w tych górach?
- Pytanie bonus. Latem.
No dobra latem, w sierpniu.
Wyjazd zaczęliśmy nietypowo, bo od pobytu w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Do Doliny Chochołowskiej nigdy nie pałałam miłością. Uważałam ją za długą, nudną i zapchaną ludźmi. Jedyne co ładne w Chochołowskiej to krokusy w maju.
Moje podejście zmieniło się, gdy zobaczyłam polanę pierwszy raz o wschodzie słońca, bez ludzi i pokrytą unoszącymi się chmurami.
Nasza pierwsza wędrówka odbyła się na trasie Schronisko w Dolinie Chochołowskiej – Dolina Starorobociańska – Swia Przełęcz – Starorobociański Wierch – Siwa przełęcz – Siwe Skały – Ornak – Przełęcz Iwaniacka – Schronisko w Dolinie Chochołowskiej.
I kilka fotek z naszej trasy.
Zaczynamy od lekkich śpioszków. To w końcu jest 5 rano, a my mamy wakacje 🙂 

Zaczynamy nasz marsz Doliną Starorobociańską. Tak Starorobociańską. Jej nazwa pochodzi od starej roboty, a nie od bociana. Jak dobrze pamiętam to mi ktoś kasę wisi za tę nazwę 🙂



Doliną Starej roboty po jakiś trzech godzinach dochodzimy do Siwej Przełęczy. Z niej ruszamy w stronę Siwego Zwornika i Starorobociańskiego Wierchu. Można zauważyć, że robi się coraz więcej chmurek na niebie.
Na Siwym Zworniku już nic nie widać, a temperatura zaczyna spadać w zaskakująco szybkim tempie.
Małe przejaśnienia i naszym oczom ukazują się kozice. Gdzieś czytałam, że to strachliwe i stroniące do ludzi zwierzęta. Te jednak za nic miały sobie naszą obecność i nie chciały zejść ze szlaku. Strachliwa to byłam ja, jak miałam przejść koło nich. Janek nazwał je Stefan i Grażynka. Grażynka zeszła nam z drogi, Stefan się do tego nie kwapił. ale jednak w końcu ruszył swój tyłek i poszedł przeżuwać trawę na skraj szlaku. Kiedy przechodziliśmy obok niego odprowadzał nas wzrokiem wyraźnie niezadowolonym.
I szczyt Starorobociańskiego. Podchodziliśmy na niego z Jankiem chyba cztery razy. Za każdym razem coś nas z niego zganiało. Jak nie deszcz, to mgła, albo gwałtowna burza. W końcu w roku 2016 stanęliśmy na jego szczycie. I co?! Co?! Mgła, zimno i g… widać…. Posiedzieliśmy chwilę i zeszliśmy. Jak myślicie co było za godzinę? Oczywiście słońce i piękne widoki. Stary grzyb chyba nas nie lubi. Jest jak Caradhras…
Schodząc spotkaliśmy znowu Grażynkę i Stefana.
Wróciliśmy na Siwą Przełęcz. Tutaj wiało troszeczkę mniej i można było coś zjeść. Z Siwej ruszamy w stronę Siwych Skał i Ornaku.
[embedyt] http://www.youtube.com/watch?v=7Zdy231sSqE[/embedyt]
Po pokonaniu Siwych Skał i Ornaku zeszliśmy na Przełęcz Iwaniacką.
Trzeci dzień naszego pobytu w schronisku przeznaczyliśmy na przejście trasy Grześ – Rakoń – Wołowiec – Jarząbczy Wierch – Kończysty Wierch – Szlak Papieski – Schronisko w Dolinie Chochołowskiej.
Szlak na Grzesia należy do bardzo przyjemnych. Co prawda na samym początku dość ostro pnie się pod górę, ale potem łagodnieje i wyprowadza nas szczyt, gdzie możemy rozkoszować się pięknymi widokami.

Tak prezentuje się przejście przez Rakoń na Wołowiec. Dochodzimy tam tak zwanym Twardym Upłazem.
Widoki są cudowne. Wejść tam z kocykiem, położyć się i leżeć cały dzień… 


Jesteśmy na Wołowcu. Tylko gdzie tabliczka.
Chwila odpoczynku i ruszamy w stronę „Jaszczembczego” Wierchu. Tak Janek nazwał Jarząbczy Wierch i przez całą trasę „Jaszczembczy i Jaszczembczy”. W pewnym momencie sama zwątpiłam jaka jest prawidłowa nazwa tego szczytu 🙂
Samo wejście na Jarząbczy było dość długie, ale przyjemne. Najtrudniej było zejść z Wołowca. Szlak strasznie sypki. My tu myślimy gdzie nogę postawić, a obok nas przebiega facet. Tak przebiega, jak by nigdy nic, jak by biegł sobie w parku po trawie. No cóż… Można i tak.
Z zejścia z Wołowca zdjęć nie ma. Trzeba było schować aparat i pilnować się żeby nie spaść.
Bardzo przyjemne było przejście Łopaty. Przez ponad dwie godziny spotkaliśmy na tym szlaku tylko dwie osoby.
Samo wejście na Jarząbczy Wierch z daleka wygląda na dość męczące, jednak takie nie jest. Szlak pnie się w górę zakosami, dzięki którym wchodzi się na niego dość sprawnie. 
Widoki ze szczytu rekompensują wszystkie trudy wędrówki.
Schodząc z Jarząbczego Wierchu w stronę Trzydniowiańskiego idziemy bardzo wygodnymi, przyjemnymi ścieżkami.
Trzydniowy pobyt w Dolinie Chochołowskiej uważamy za najlepszą część naszych wakacji.










Comments are closed.