Po powrocie z wakacji jestem w ciągłym biegu. Moją głowę i czas zajmuje intensywne poszukiwanie pracy, jak na razie bezskuteczne, ale nie poddajemy się. Znalazłam chwilkę wolnego czasu i postanowiłam napisać podsumowanie tegorocznego letniego wyjazdu w Tatry.
Spędziliśmy w górach 12 dni. W tym czasie udało nam się podeptać troszkę naszych pięknych Tatr i tylko raz zmoknąć, co jak na nas jest sukcesem.
Przeszliśmy łącznie 163,7 kilometra. W górę pokonaliśmy 9295 metrów. Zeszliśmy w dół 10472 metry.
12.08.
Kuźnice – Nosalowa Przełęcz – Polana Olczyska – Wielki Kopieniec – Toporowa Cyrhla.
Trasa o długości 6,3 km. Pokonaliśmy 386 metrów w górę i 413 metrów w dół.
Tego dnia słoneczko nas nie oszczędzało. Nasze szczęście, że większość szlaku prowadziła przez las. Na szczycie Wielkiego Kopieńca temperatura była taka, jak na krańcach piekielnych rubieży i nie spędziliśmy tam wiele czasu. Rzut oko na krajobraz, zdjęcie tu, zdjęcie tam i uciekamy do cienia 🙂 


13.08
Wierch Poroniec – Rusinowa Polana – Gęsia Szyja – Rówień Waksmundzka – Hala Gąsienicowa – Przełęcz między Kopami – Boczań – Kuźnice.
Długość trasy 15.8 km. W górę 783 metry, w dół 874 metry.




14.08
Kuźnice – Kalatówki – Hala Kondratowa – Przełęcz pod Kopą Kondracką – Kopa Kondracka – Kondracka Przełęcz – Dolina Małej Łąki – Gronik
Trasa o długości 12,6 km. 1011 metrów w górę i 1074 metry w dół.


15.08
Dolina Kościeliska – Jaskinia Raptawicka – Jaskinia Mylna – Wąwóz Kraków (Smocza Jama) – Schronisko na Hali Ornak – Iwaniacka Przełęcz – Dolina Chochołowska.
Trasa o długości 17,9 km. W górę 877 metrów, w dół 904 metry.




16.08
Pierwsze podejście na Trzydniowiański Wierch.
Trasa długości 17,1 km. W górę pokonaliśmy 899 metrów. Tyle samo metrów przeszliśmy w dół.
Niestety, nie udało się nam wejść na szczyt. Jakieś 5 minut od szczytu złapała nas burza z potworną ulewą. Dawno tak szybko nie schodziliśmy w dół. Po jakiś 30 minutach deszczu i burzy nadchodzącej z dwóch różnych stron mogłam wylewać wodę z butów. Na naszym szlaku nie było wcale najgorzej. W tym samym czasie na Przełęczy Krzyżne było ostre gradobicie. Grad nie oszczędził też Doliny Kościeliskiej. Po zejściu ze szlaku zjechaliśmy sobie rowerami do wylotu dolinki. Ciężko się jedzie na rowerze, kiedy deszcz zalewa ci oczy.
17.08
Dzień ulewny i przeznaczony na odpoczynek. Większość dnia spędziliśmy mocząc się w wodach termalnych w Bukowinie Tatrzańskiej i zbierając siły na nasze największe tegoroczne wyzwanie górskie.
18.08
Kasprowy Wierch – Przełęcz Świnicka – Świnica – Zawrat – Dolina Pięciu Stawów Polskich – Szpiglasowa Przełęcz – Morskie Oko – Wodogrzmoty Mickiewicza – Schronisko w Dolinie Roztoki – Wodogrzmoty Mickiewicza – Palenica Białczańska.
Trasa o długości 24,6 km. W górę pokonaliśmy 1182 metry. Zeszliśmy w dół 2124 metry.
Trasę tę planowaliśmy od dawna. Kilka lat temu byliśmy na Świnicy. Do tej pory ciarki mnie przechodzą, kiedy przypomnę sobie to wejście. Był to pierwszy raz, kiedy o mało co nie zostałam w górach na zawsze… Było to słoneczne sierpniowe przedpołudnie. Na szczycie tłumy. Pod szczytem tłumy. Każdy chce wejść i zejść. Czekam spokojnie w kolejce do łańcuch. Przychodzi mój czas, a że rączki i nóżki mam lekko krótkie to troszeczkę muszę pokombinować przy wspinaniu. A tu za mną jakiś facet się niecierpliwi, że on czekać nie będzie. Ja tu się męczę bo nie sięgam i nagle ktoś ciągnie za łańcuch. Spadam z wąskiej półki skalnej i wiszę nad przepaścią na łańcuchu na samych rękach, a ten ktoś za mną pcha się dalej na szczyt mając kompletnie w poważaniu, to że o mało mnie nie zabił.
Po tej sytuacji dostałam lekkiej fobii na Świnicę. Wydawała mi się szlakiem trudnym, którego wolę unikać. Z każdą fobią należy walczyć, zwłaszcza z tą w górach. Zbyt wiele piękna można przegapić bojąc się.
Zebrałam się w sobie i postanowiłam że wejdę po raz kolejny. Tym razem poszliśmy po rozum do głowy i postanowiliśmy wjechać na Kasprowy kolejką i pójść w stronę góry strachu unikając tłumu. O 7 rano na Kasprowym panuje cisza i spokój.
Pomysł genialny. Razem z nami na Świnicę szło osiem osób. Na szczyt wchodziliśmy sami. Mogliśmy się spokojnie zastanowić, gdzie chcemy położyć nogę, gdzie rękę. Nawet ten słynny Żleb Blatona nie jest taki trudny do przejścia jak mi się poprzednio wydawało.
Prognozy pogody były niezbyt ciekawe. Zapowiadali burze, ulewy, a nawet gradobicie. Mimo wszystko postanowiliśmy pójść, na przekór pogodzie. I bardzo dobrze. Pogoda utrzymała się pochmurna przez cały dzień, ale deszcz nie spadł.

Spokojnie weszliśmy na szczyt w godzinkę. Tym razem piękny widok ze szczytu przykryły nam chmury, ale i tak warto było wejść chociażby po to, aby pokonać swój strach.
Szlak na Świnice jak powszechnie wiadomo to festiwal łańcuchów. Towarzyszą nam one już kilka minut po ruszeniu ze Świnickiej Przełęczy. Festiwal trwa aż do samego Zawratu. Warto zabrać ze sobą rękawiczki. Ułatwia to znacznie wspinaczkę i chroni delikatne dłonie przed przymarznięciem do łańcuchów 🙂

Pierwszą część naszej wyprawy zakończyliśmy na Zawracie. Miejsce dla nas szczególne. Uciekając przez zimnym, przeszywającym wiatrem zeszliśmy do schroniska na pyszną zupę i jeszcze lepszą szarlotkę.
Posileni udaliśmy się dalej w stronę Szpiglasowej Przełęczy. Aby tradycji stało się zadość po wejściu na przełęcz cały widok zakryły niskie chmury. Na Szpiglasie byliśmy pięć razy i tylko raz była nam dane oglądać widoki przy wietrze urywającym głowy 🙂 
Po zdobyciu przełęczy ruszyliśmy w stronę Morskiego Oka niekończącą się ceprostradą.
W schronisku nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę. Przy takiej pogodzie nie da się wejść do środka. Cały tłum, który wjechał na górę siedzi przy stolikach i psioczy na ciebie że mokry wchodzisz do środka i moczysz mu oryginalne buty za kupę kasy. Morskie Oko dla mnie to nie jest schronisko. Ono nie ma z nim już nic wspólnego. Zapomnij zmoczony, zmęczony turysto, że znajdziesz tam chwilę wytchnienia. My lekko zmoczeni deszczem i zmęczeni pognaliśmy do Schroniska w Dolinie Roztoki na pyszny obiadek. Stara Roztoka to miejsce ciche, spokojne. Tu zmęczony i zmoczony turysta znajdzie wszystko co mu potrzeba. Posileni zebraliśmy swoje ostatnie siły i poszliśmy na parking łapać ostatnie busiki.
Zmęczeni, ale ogromnie szczęśliwi, że pokonaliśmy swoje słabości i przeszliśmy ten kawał niełatwej trasy.
19.08
Dolina Chochołowska – Trzydniowiański Wierch – Dolina Chochołowska przez Szlak Papieski.
Trasa o długości 21,1 km i różnicy wzniesień wynoszącej 986 metrów.
Trzydniowiański Wierch podejście drugie. Tym razem udane. Udało się nam wejść na szczyt. Co prawda reszta planu – wejście na Starorobociański Wierch – nie została zrealizowana z powodu lekkiego załamania pogody, ale co się odwlecze to nie uciecze. Na upartego mogliśmy wchodzić dalej, ale stwierdziliśmy, że szkoda naszej energii na chodzenie w chmurach. Lepiej wrócić jak będzie ładna pogoda i delektować się cudownym krajobrazem Tatr Zachodnich. Zeszliśmy do schroniska w Dolinie Chochołowskiej przez Szlak Papieski. Ten wariant dotarcia na szczyt nie będzie należał do moich ulubionych. Szlak się sypie, ślizga się człowiek na piachu i kamieniach. Lepiej już wchodzić od drugiej strony po niekończących się schodach 🙂
20.08
Palenica Białczańska – Morskie Oko – Bulla pod Rysami – Morskie Oko – Schronisko w Dolinie Roztoki – Palenica Białczańska.


Na sam szczyt nie weszliśmy ze względów bezpieczeństwa. Mimo, że weszliśmy na szlak o godzinie 4.50, a na bulli byliśmy po 10, to na łańcuchach już stały ogromne kolejki, a jeszcze więcej osób czekało, żeby się w nie ustawić. Kiedy minęło nas kilka osób nie zważających na bezpieczeństwo, bo „oni chcą wejść i koniec” postanowiliśmy dla własnego dobra odpuścić sobie. Nie byliśmy jedyni, którzy podjęli taką decyzję. Odpuszczali sobie ci, którzy po górach chodzą nie od wczoraj i mają wiele szlaków za sobą. Kiedy słuchaliśmy opowieści co dzieje się wyżej, pod szczytem na łańcuchach cieszyliśmy się z podjętej decyzji. Na Rysy wrócimy, ale będziemy spać w schronisku i na szlak ruszymy jak jeszcze będzie ciemno. Może wtedy uda nam się uniknąć tłumów i delektować wspinaczką.


Na Bulli pod Rysami słonecznie, ale zimno. Gdzieś pozostaje niedosyt, że nie weszło się na szczyt…
Ten kamień to jedno z najurokliwszych miejsc na szlaku.
A tak szczerze o szlaku na Rysy. Wylądował on u mnie w kategorii szlaków nielubianych i niepolecanych. Szlak wąski, stromy, sypiący się i zapchany ludźmi, którzy nie wiedzą na co się porywają. Idą, bo to najwyższy szczyt i trzeba tam wejść. Planując wejście na szczyt trzeba najlepiej zaopatrzyć się w kask i uprząż do asekuracji. Nawet w pogodny dzień bywa ślisko, a skałami spływa woda. Kask ze względu na obsypujący się szlak i spadające kamienie. Są momenty, kiedy przechodząc przez skalne rumowisko można zgubić szlak i strącić luźne kamienie. Co do gubienia szlaku podczas wspinaczki – jest do zdecydowanie łatwe do zrobienia. Nie dziwią mnie liczne pobłądzenia w tym rejonie. Jednak jeśli będzie się wchodzić z głową, szukając co jakiś czas oznaczeń szlaku spokojnie można wejść na górę i się nie zgubić. Widoki z samego szlaku nie powalają. Jedynie co ciekawe to widok Czarnego Stawu i Morskiego Oka pod nim. Panoramy z góry nie oceniam, nie widziałam. Na pewno nie jest to szlak dla rodzin z dziećmi i niedoświadczonych turystów, którzy po raz pierwszy wybrali się w Tatry. Trzeba mieć naprawdę dobrą kondycję, aby wejść na górę.
21.08
Dolina Strążyska – Siklawica – Dolina Strążyska – Droga pod Reglami.
Długość trasy to tylko 4, 8 km. Różnica wzniesień 227 metrów.
Dzień typowego odpoczynku po dającym w kość szlaku na Rysy. Trasa idealna dla rodzin z dziećmi. Mnie nie zachwyciła. Za dużo ludzi.
22.08
Kuźnice – Hala Kondratowa – Przełęcz pod Kopą Kondracką – Kopa Kondracka – Małołączniak – Krzesanica – Ciemniak – Dolina Tomanowa – Schronisko na Hali Ornak – Dolina Kościeliska – Kiry.
Długość strasy 21,5 km. W górę pokonaliśmy 1474 metry. W dół zeszliśmy 1501 metrów.
Jedna z naszych ulubionych tras w tatrach. Przeszliśmy ją już wiele razy i nadal jest dla nas fascynująca. W tym roku Czerwone Wierchy były bardzo mroźne. Temperatura była koło zera. Do tego odczucie zimna wzmagał silny wiatr. Całość rekompensowały widoki wyłaniające się za chmur i czerwieniące się zbocza gór. Dla niewtajemniczonych nazwa pochodzi głównie od rośliny porastającej zbocza Czerwonych Wierchów. Sit skucina pod koniec lata zaczyna zmieniać kolor na czerwono- brązowy, dając charakterystyczne zabarwienie zboczom. Bardzo dobrze widać to zarówno na szczycie, jak i podziwiając Czerwone Wierchy z daleka.
Cały wypad w Tatry zaliczamy do bardzo udanych. Od wielu lat nie mieliśmy tak dobrej pogody. Jak na nas jedno wylewanie wody z butów nie mieści się w statystykach. Mamy nadzieję, że za rok pogoda będzie równie piękna i uda się nam przejść jeszcze więcej szlaków i wejść wreszcie na Starorobociański Wierch. W planach mamy najpierw nocowanie w schroniskach górskich, a dopiero później zakwaterowanie się w Zakopcu.















Comments are closed.