Majowy wypad w Tatry możemy uznać ze jak najbardziej udany. Co w naszym przypadku jest dość nietypowe, przeżyliśmy wizytę w naszych górach bez wylewania wody z butów.
Majówkę rozpoczęliśmy od wizyty na Hali Gąsienicowej. Wdrapaliśmy się na nią przez Boczań. Poprzednia lata wchodziliśmy tylko przez Dolinę Jaworzynki. Ostatni przekonaliśmy doszliśmy do wniosku, że przejście przez Boczań pasuje nam bardziej.
Nic tak nie cieszy jak poczciwy, oklepany widok na Halę Gąsienicową.
Ośnieżone szczyty dodają uroku temu miejscu.
Czarny Staw Gąsienicowy otoczony śnieżnymi szczytami, a po jego tafli nadal pływał jeszcze lód. W stawie było tyle wody, że szlak prowadzący na Zawrat w pewnym momencie znajdował się pod wodą.
Dzień następny zaplanowaliśmy jako dzień zdobywania nowych szczytów. Z samego rana wybraliśmy się do Doliny Chochołowskiej. O 8 rano rozpoczęliśmy swoją wędrówkę na Grzesia i Rakoń. Cudownie wędruje się doliną pozbawioną tłumów turystów.
Zaczynamy wędrówkę na Grzesia. Szlak początkowo dość ostro pnie się w górę, co może lekko zniechęcać do wędrówki. Po chwili jednak wypłaszcza się i dalsza wędrówka to ogromna przyjemność. Po wyjściu z lasu wędrujemy kosodrzewiną otoczeni pięknymi górskimi widokami.
Na szczycie Grzesia towarzyszyła nam piękna, ciepła, słoneczna pogoda. Chwila przerwy na bułkę z serem i dżemem i idziemy dalej, na Rakoń.
Wędrówka Twardym Upłazem mija tak szybko, że ani się obejrzeć a tu już Rakoń. Delikatne wzniesienia pokonuje się bezproblemowo, a kosodrzewina daje odrobinę cienia.
W dole doskonale widać Polanę Chochołowską, z której przyszliśmy. Brakuje tam w dole jedynie białych ruszających się kamieni. Znaczy owiec brakuje.
Ruszające się kamienie to historia z zeszłego roku. Powstała podczas wchodzenia na Trzydniowiański Wierch. Jest też taki odcinek z szlaku, z którego dobrze widać Polanę. Stoimy sobie z Jankiem na szlaku i odpoczywamy. Janek w pewnym momencie:
– Janek: Patrz jakie w dole fajne białe kamienie są.
– Kasia (po chwili zastanowienia): Tylko dlaczego one się ruszają?
Konsternacja…
– Kasia: Janek to owce są 🙂
Dumnie prezentujący się Wołowiec. Tam już jednak nie weszliśmy. Stojąc na Rakoniu słychać było w niewielkiej odległości burzę, a nad nami roztaczały się ciężkie, ołowiane chmury. Podjęliśmy decyzję, że tym razem nie wchodzimy na szczyt. Lepiej nie być na jego czubku podczas burzy, a do tego czekało nas jeszcze schodzenie po śniegu, zboczem góry, gdyż szlak znajdował się pod warstwą starego, mokrego, nieprzyjemnego śniegu. Podsumowując za i przeciw stwierdziliśmy, że wejdziemy latem.
Takiego grubaska spotkaliśmy pomiędzy Grzesiem a Rakoniem.
Ja nie urosnę?! Ja nie urosnę?! Taki oto fenomen przyrodniczy na szlaku.
Zeszliśmy do schroniska na Polanie Chochołowskiej, gdzie mieliśmy jeden cel – zjeść szarlotkę z jagodami.
Nasz ulubiony szlak na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Tym razem jednak udajemy się w stronę Kasprowego Wierchu. Te ciemne chmurki zwiastują coś nieciekawego. Już podczas wejścia na przełęcz dopadło nas małe gradobicie, ale tylko małe.
Na samej przełęczy trafiliśmy w okienko pogodowe. Słoneczko przygrzewało bardzo mocno i szybciutko wyschło to co zmoczył wcześniej grad.
Jednak w oddali chmury pozostały nadal.
Jeszcze ciemniejsze chmury i nie tak odlegle grzmot. Rozpoczynamy naszą ucieczkę przed burzą.
Na szlaku okienka pogodowe mieszały się z deszczem i gradem. Szlak od przełęczy do Kasprowego Wierchu pokonaliśmy w godzinkę i dwadzieścia minut. Nic tak dobrze nie przyśpiesza marszu jak burza wisząca na plecach.
Do Kasprowego Wierchu mieliśmy mieszankę słońca, deszczu i gradu. Ale co to za deszcz, po którym nie wylewa się wody z butów 🙂 Na samym Kasprowym słoneczko towarzyszyło nam cały czas. Dopiero tutaj odczuliśmy wzmożony ruch turystyczny. Całe tłumy ludzi, którzy wjechali kolejką i chodzili w sandałach po śniegu narzekając na nieodśnieżony szlak… Kasprowy to nie jest miejsce przyjazne dla ludzi chodzących po górach… Miałam wrażenie, że jak bym weszła zmoczona do budynku PKL-u to by mnie wyrzucili za psucie wizerunku… Nie mówiąc o tym, że schronienia to tam zbytnio się nie znajdzie… No ale widoki ze szczytu ładne 🙂
Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić spacerując Doliną Kościeliską.
Nadal nie mogę przyzwyczaić się do Kościeliskiej po halnym. Łyso tak jakoś..
Idziemy a tu taka niespodzianka!!! Tyle wełny, tyle dobra się pasie na łącze 🙂
Nasz ceł to Hala na Stołach. Szlak był zamknięty od 2013 roku, kiedy to orkan Ksawery spustoszył duży kawał Tatr. Nie ma co się dziwić, że sprzątanie szlaku zajęło dwa lata. Idąc widać jeszcze setki połamanych drzew. Szlak został udrożniony, a drzewa usunięte tak, aby nie stanowiły zagrożenia dla turystów. Na zwalonych pniach lubią wygrzewać się żmije. Trzeba na nie uważać. Patrz gdzie siadasz.
Stoły!!!
Chwilowa blokada szlaku przez pasącą się wełnę. Tyle dobra w jednym miejscu.
Cały wypad uważamy za bardzo udany. Wybraliśmy takie szlaki, takie miejsca, gdzie akurat nie padało. Nie mogę się już doczekać, aż wrócimy tam latem. Znowu będzie można pomiziać owce i zjeść pyszny obiad w barze „Na szlaku”.






Comments are closed.